Saturday, March 7, 2026

Zdrowienie i małe cuda codzienności

 Pewnego dnia z kuzynką i moją córką lecimy do Francji .  Po godzinie okazuje się, że taśmy na dole są zepsute. Obsługa lotu  każe nam wejść na górę z ciężkimi bagażami , ja mam ciężką torbę bez kółek, córkę na ręku  i ciężki plecak, biegniemy na górę bo zaraz jest zamknięcie odprawy samolotu, na górze na bramkach mówią nam,że nasze torby są zbyt duże więc nas tam nie wpuszcza , wysyłają nas z powrotem na dół, a na dole już nikogo nie ma przy nadal nie działających taśmach więc czekamy tam i znowu biegniemy na górę , do samolotu jest 15 minut . Po awanturze, którą robię wpuszczają nas w końcu i w ostatniej chwili dobiegamy do samolotu .  Od lat mam problemy z szyją po wypadku samochodowym, kilka lat jeżdżenia jako operator w programie telewizyjnym z ciężkim sprzętem , a później noszenie córeczki kilka lat. Wsiadamy do samolotu , siadam na siedzeniu i nagle czuję jakbym miała udar , wszystko mi się rozjeżdża, rozmywa , nie mogę nic skojarzyć, zaciemnia mi się obraz ,serce nie może się uspokoić przez 2 godziny , zalewam się potem a samolot już w powietrzu , trzymam córkę za rękę ale mam tylko jedną myśl że zaraz zemdleje , kuzynka siedzi na drugim końcu samolotu, a ja nie mam siły do niej wstać , wzywam stuarda i mówię co się dzieje , on nie może mi pomóc bo nie mogą żadnych medycznych interwencji robić na pokładzie .  Przez 2 h mam walkę o życie , robię oddechy  z medytacji Silvy, uwalnianie emocji Hawkinsa, jakoś dolatuje chociaż to była piekielna droga. Na miejscu okazuje się jeszcze że zgubili nasze bagaże . Długie czekanie ustalanie itd . Jeszcze dwie godziny na miejsce , wstaje następnego dnia i czuję że nic do mnie nie dociera co mówią inni , w ogóle nie mogę skojarzyć faktów , bardzo pogorszył mi się wzrok . Dzień po dniu czuję się trochę lepiej , nawet chodzimy na narty. Ale mam epizody jakbym po prostu nic nie kojarzyła , mam ogromne migreny, problemy ze wzrokiem tak jakby nagle wzrok popsuł się o kilka dioptrii.  Pojawiają mi się stany lękowe które jak mi się wydaje wynikają z samopoczucia . No i tak z tym żyje pół roku bo jestem ogarniaczką, która zapomina o sobie więc z tymi wszystkimi objawami po prostu funkcjonuje i działam ale bardzo dziwnie się czuję i to coraz częściej i dłużej  , w końcu mam duże uderzenia ciśnienia z kręgosłupa do głowy, totalnie spięta czaszkę zawroty głowy , bardzo słabo zaczynam kojarzyć momentami ale latam i załatwiam sprawy . Pewnego dnia  jadę autem z Zakopanego do Czarnego Dunajca z mamą i Gaja i mówię : mamo muszę stanąć na poboczu bo zaraz zemdleje , wszystko mi się rozjeżdża , światła aut to koszmar mam trudności z oddychaniem , stoimy tam godzinę , znowu techniki oddechowe , do domu dojeżdżam 20 na godzinę na światłach awaryjnych bo mam blisko i idę pod ciepły prysznic bo zaczynam się cała trząść i wszystko mi się buja jak na statku , kładę się. Jest mi lepiej .  Ale następnego dnia czuję  się już tak źle ,że przystaje w ogóle wychodzić z domu bo mam takie zawroty, ciśnienie do czaszki itd. Któregoś dnia czytam Gai bajki wieczorem  i czuję że mnie zatyka i bardzo źle widzę na oczy , nie mogę oddychać, Gaja na szczęście zasypia a ja dostaje drgawek i nie mogę złapać oddechu , przyjeżdża pogotowie , nie wiedzą co mi jest podłączają mnie do aparatury kładąc mnie na podłodze , sprawdzają jeden, drugi, trzeci raz bo serce mi wariuje. Zabierają mnie do szpitala , pierwsze co robią to zabierają mnie na TK głowy - strasznie się boję bo myślę o najgorszym , a później inne badania , dostaje lek który dostaje się na bóle neurologiczne i stany lękowe.  Chodzę od specjalisty do specjalisty, z trudem bo mam już duże trudności z chodzeniem. Jedni bardziej pomocni, drudzy jak na taśmie dając jakieś zupelnie nieadekwatne diagnozy byleby odpierdzielic wizytę .  W końcu  trafiam do znakomitego osteopaty i fizjoterapeuty w Krakowie pana Przemysława Sekuły i okazuje się że mam głęboki uraz w części potylicznej , bardzo skomplikowany zespół szyjny z uwięźnięciem nerwów , ogromne i głębokie  napięcia , które naciskają na tętnicę żyły i nerwy , stąd problemy ze wzrokiem , zaburzenia błędnika , problemy z chodzeniem .  Przez 6 miesięcy większość czasu leżę bo nie jestem w stanie funkcjonować , opiekę nad dzieckiem przejmuje ojciec Gai.  

Wychodzę jedynie codziennie do ogrodu robiąc dwa kółka które są dla mnie jak maraton , mam bardzo duże problemy z chodzeniem , serce wali mi po kilku krokach jak po przebiegnięciu kilometra , drzewa się rozmywają , nie mogę na niczym złapać ostrości ,  nie mogę złapać oddechu z każdym krokiem mam wrażenie że mogę zemdleć bo wszystko buja się jak na statku .  W lustrze nie widzę sie wyraźnie , mam natłok myśli , nie jestem w stanie wykonywać najprostszych czynności  jak gotowanie czy cokolwiek innego,  wielokrotnie się załamuje , z osoby energicznej i czynnej nie jestem w stanie funkcjonować prawie w ogóle  , teraz mija 8 miesiąc kiedy siedzę w domu, już dużo lepiej funkcjonuje , w domu wykonuje wszystkie czynności normalnie z przerwami na leżenie , nawet wychodzę z psem ale nie ma mowy o jeździe samochodem , nie jestem w stanie nigdzie wyjść , moimi marzeniami sa teraz wyjście na spacer do lasu albo wyjście do cukierni na ciastko . Zostało mi jeszcze troche leczenia , mam nadzieję że to ostatnia prosta . Jestem teraz z Gaja u babci i cieszę się że jakkolwiek mogę się nią już zajmować .  Przez te miesiące uczyłam się troski i cierpliwości do siebie … oczywiście że się pojawiały stany depresyjne … oczywiście że pojawiały się załamania …  kiedy miałam momenty rezygnacji liczyłam do 5 : 1,2,3,4,5… wstajemy i robimy rundę po ogrodzie kochana  , nie zemdlejesz , damy radę - mówiłam do siebie. Przez 6 miesięcy emocjonalnie byłam sama w tym zmaganiu , dotknęłam dna samotności co też było dla mnie paradoksalnie zbliżeniem do siebie … nigdy sobie nie wyznałam tylu słów miłości i nigdy nie przytulałam się tak często , codziennie medytowałam i wizualizowałam nawet po dwie godziny i to mnie wyciągnęło z zapadnięcia się totalnego  

Może komuś ta moja historia sie przyda do zbliżenia się do własnej diagnozy albo przejścia przez ciężki czas . A może z kimś po ciężkim czasie pójdę na ciastko … bo ciastko w kawiarni to na prawdę małe cuda codzienności  

Thursday, October 9, 2025

Przebłyski

 Zasypiałam i nagle przyszła do mnie wesoła wizja małych zielonych skrzatów skaczących  po łóżku  i przebłysneła mi myśl że być może wszystko co widzimy to tylko wąski strumień naszej zawężonej percepcji , którą ukształtowalismy tak by to poczucie podstawowe - bezpieczeństwa mieścić w nazwach alfabetu mieszczących się w od A do Z,  jako gatunek ludzki od tysięcy lat bo mam wątpliwość czy od początku istnienia - genetycznie tak  zostaliśmy uwarunkowani czy raczej sami się  uwarunkowalismy, a zdeterminowało  to- strach, lęk i silna chęć przetrwania.. Widzimy to wszystko w zawężonym spektrum logicznej układanki, w której wszystko określone jest jako nazwane elementy o konkretnym kształcie lub porównywaniu do innych kształtów. Gdybyśmy rozszerzyli spektrum do niebadanego, nienazwanego pewnie zaczęło by się rozpuszczać nasze ego , intuicja wzięłaby górę i mniej i coraz mniej mówiło by się głośno o sprawach ducha - nie nadając mu imienia bo nie mielibyśmy już takiej potrzeby. 

Mam jednoczenie wrazenie ze wszystko  nabiera na dosłowności w ostatnim czasie, bardzo niewiele spotykam abstrakcji, międzysłów i międzyrzeczy, które pozostawiają  tą fantastyczną przestrzeń do własnego, niezależnego namysłu..

Monday, September 23, 2024

Szybkie teksty w szybkich czasach

Szybkie recepty, proste rozwiązania, krótkie hasła świata insta dusznej duchow(at)ości , które nic tylko otrzepać ręce i pozamiatane. A z drugiej strony tych haseł  stoją nieraz bardzo skomplikowane i złożone historie. Przerażają mnie tak samo jak terapeuci i oświeceni objawiacze życiowych prawd ,którzy po jedynym warsztacie terapeutycznym zakładają insta z mądrościami i robią długie live na temat dojścia do poziomu ostatecznego objawienia - istnieje takie -serio?  

Uważam że są niezwykle niebezpieczne dla osób szczególnie tych, które nie przeszły terapii, być moze ich na nią nie stać , nie są świadome  procesów w sobie i sięgają do dostępnego wszędzie świata rozwoju. A tam hasła takie jak : wszystko jest po coś , za absolutnie wszystkie zdarzenia jesteś odpowiedzialny tylko Ty, wszystko w świecie jest znakiem dla Ciebie, wszystko co się pojawia w Twoim życiu Ty kreujesz. Czy to dobre hasła dla młodej kobiety, która właśnie straciła dziecko na które tak czekała ? Czy to dobre hasła dla dziewczyny ,która zostala wykorzystana seksualnie w młodości  czy to dobre hasła dla osoby która dowiedziała się że jest ciężko chora ? Czy to może są hasła, ktore pogłębiają poczucie winy w osobach, które mimo, że czują się często ofiarami zdarzeń żyją też często  w poczuciu winy za te zdarzenia, te hasła pogłębiają przecież najtrudniejsze procesy które dzieją się w nich. Jestem odpowiedzialna/y za to co się stało ? To ja to wykreowałam w swoim życiu ? Te teksty pięknie brzmią w kontekście do kreowania naszej rzeczywistości w piękny sposób, a więc biorą pod uwagę tylko jeden biegun życia ale przecież nie na wszystko mamy wpływ, a nasze światy się przeplatają. Przerażają mnie ponieważ zawsze miałam takie poczucie, że to praca odpowiedzialna tak samo jak praca chirurga na otwartym organizmie, z tą różnicą, że tu są emocje, uczucia, traumy, a do tego potrzeba złożonej głębokiej pracy latami i ogromnie szerokich umiejętności. Do każdego tego typu tekstu powinien być tekst wyjaśniający jak w ulotce do leku bo te teksty to szybkie uśmierzające pastylki na szybkie czasy, a nie coś co jest zgodne z życiem rzeczywistym bo są traktowane bardzo jednostronnie i zamykają to co powinno pozostać w otwartości .  

Saturday, September 14, 2024

PKS DO ZAKOPANEGO

 Jak znalazłam się w górach ? 

Do dziś pamiętam jak idziemy poboczem pare kilometrów, z dwoma górskimi plecakami, a nogi mamy całe zielone od trawy. Te dwa plecaki to był cały Nasz Dom. 

Przyjechałyśmy tu PKS em z Łodzi, która wyrwała nas bezlitośnie z butów. 

Mama prowadziła w Łodzi aptekę, ja byłam w klasie maturalnej, miałyśmy własnościowe 3 pokojowe mieszkanie, ja zajarana fotografią szykująca się do egzaminów w szkole filmowej . Iluzoryczna pewność jutra.  I przyszedł ten dzień, właściciele kamienicy, w której wynajmowana była apteka zmienili się na „ludzi z miasta”,  kazali się wynieść w ciągu tygodnia z apteki, umowy przestały obowiązywać w momencie kiedy stwierdzili, że znajdą mnie i urwa mi głowę jeśli będziemy podskakiwać, a do matki zwracali się bezosobowo, „na zobacz na to jak się to zachowuje, panikuje. „ Nasze mieszkanie trzeba było sprzedać w tempie ekspresowym bo ludzie z miasta cisnęli na oddanie czynszu, a zatowarowanie trzeba było opłacić. 

Tak w ciągu 2 tygodni zostałyśmy z niczym. Tu mama dostała udaru, przestała wiedzieć na oczy. Przyjął nas mój ojciec do swojego mieszkania, z którego parę miesięcy później też zostaliśmy wyrzuceni za nieopłacone rachunki bo nie było z czego płacić . Ja w klasie maturalnej robiłam sesję fotograficzne dla firm rajstopowych, które do dziś są na rynku , żeby mieć dosłownie na chleb bo często był i z tym problem, że nie było co zjeść , a zimą spaliśmy w kurtach bo nie było ogrzewania . W mieszkaniu ojca nie dość, że zmienili zamki to okradli nas ze wszystkiego co mieliśmy . Mama przeglądając gazetę powiedziała : słuchaj tutaj jest praca dla farmaceuty z mieszkaniem w górach, to nasza jedyna szansa. zadzwoniła i pojechałyśmy z dwoma plecakami, które były całym naszym domem.  

Boże jaka to była ulga ten nasz kawałek podłogi , z kibla widok na Babią, własny kąt. Stąd już pojechałam na egzamin do szkoły filmowej gdzie zemdlałam z tych wszystkich emocji na egzaminach i tyle mnie tam widzieli. Dostałam się do Praskiej Szkoły Filmowej ale ponieważ sytuacja była beznadziejna finansowo to nie pojechałam tam. 

Po jakimś czasie właściciel mieszkania przynależącego do apteki stwierdził, że jego córka chce tam wrócić, i zrobiliśmy przeprowadzkę z dnia na dzień do mieszkania gminnego (z materacem na dachu, który spadał po drodze do rowów) ,w naszym nowym miejscu  nie było nic oprócz dwupalnikowej kuchenki elektrycznej  i zdezelowanej lodówki , znów miałyśmy dwa plecaki jeden materac i koc, a mieszkanie było tak straszne, bez podłóg, sypiące się ściany, że usiadłyśmy na podłodze i płakałyśmy całą noc  ale nie było już dokąd wracać, trzeba było tu zostać, powoli rok po roku przywoziłam z Łodzi PKS-em meble za grosze z wyprzedaży i jakoś się robiło powoli domowo, coś było przynajmniej oprócz gołego materaca . 

Jak przyjeżdżasz obcy w góry i na dodatek z miasta i jeszcze z niewiadomo jaką historią nie zostaniesz szybko przyjęty, muszą Cię tam obejrzeć, poobserwować, i albo zostaniesz w jakimś stopniu przyjęty albo w ogóle.  Do dziś mimo, że minęło 18 lat trudno mi się przebić przez hermetyczność Podhala ale mam tam paru cudownych przyjaciół, z którymi przeszłam piękne duchowe ścieżki, takich prawdziwych od serca, z którymi o każdej porze możemy na siebie liczyć. Góry dały mi niesamowity dystans do życia, do spraw błahych, do miejskiego blichtru i bufonady, która nie wiele mnie obchodzi i w duchu śmieszy. Moja mama z kolei nie wyobraża sobie życia gdzie indziej niż tam, mam wrażenie, że góralskość w nią wrosła, mało kto chce wierzyć,  że nie jest góralką.  Góry mnie zmieniły, góry mnie utwardziły. Jeżdżę tam gdy gubię swoją wolność i oddalam się od siebie , wracam stamtąd z poukładanym sercem i głową i swoją wolnością . Gdyby nie one nie było by mojej wspaniałej córki, duchowej ścieżki na którą wstąpiłam, pięknych ludzi których poznałam.

Jeśli nie wyrwałoby nas wtedy z butów nie byłabym człowiekiem  o tej samej sile, jestem dumna z siebie jaka ścieżkę przeszłam, i jaką siłę mogę przekazywać swojej córce. 

Wednesday, January 27, 2021

#4



Wędruje po pobliskich śnieżnych lasach, lubię przedzierać się przez zaśnieżone smreki w stronę strumienia i czuć jak cała siła Gai jest ze mną, jest we mnie i przeze mnie. Tam zawsze się budzę ze snów, tam zawsze przychodzi odpowiedź. 



Sunday, January 24, 2021

#2 czas miotania

 I dalej płyniemy przez meandry życia, na każdym zakręcie słychać inne dźwięki, czas jest przewrotny, trudny do uchwycenia, mocny i przymuszający do wglądów i natychmiastowej
nauki. 





                 

Thursday, January 21, 2021

#1

Muzyka wskrzesza mnie w najtrudniejszych momentach, daje mi wiarę i nadzieje. Wiem wtedy że mimo sztormu, płynę dalej ze wskrzeszam się znów...wychylam głowę ponad tafle wody i słyszę znowu Świat. 
Będę więc tworzyć tu playlisty, żeby oddać cześć dźwiękom, wibracją i duszą, które w wielkiej intuicji łączą te świętości. No i dla potomnego co by się nasycał od pierwszych chwil i miał co wspominać...Zaczynam....