Pewnego dnia z kuzynką i moją córką lecimy do Francji . Po godzinie okazuje się, że taśmy na dole są zepsute. Obsługa lotu każe nam wejść na górę z ciężkimi bagażami , ja mam ciężką torbę bez kółek, córkę na ręku i ciężki plecak, biegniemy na górę bo zaraz jest zamknięcie odprawy samolotu, na górze na bramkach mówią nam,że nasze torby są zbyt duże więc nas tam nie wpuszcza , wysyłają nas z powrotem na dół, a na dole już nikogo nie ma przy nadal nie działających taśmach więc czekamy tam i znowu biegniemy na górę , do samolotu jest 15 minut . Po awanturze, którą robię wpuszczają nas w końcu i w ostatniej chwili dobiegamy do samolotu . Od lat mam problemy z szyją po wypadku samochodowym, kilka lat jeżdżenia jako operator w programie telewizyjnym z ciężkim sprzętem , a później noszenie córeczki kilka lat. Wsiadamy do samolotu , siadam na siedzeniu i nagle czuję jakbym miała udar , wszystko mi się rozjeżdża, rozmywa , nie mogę nic skojarzyć, zaciemnia mi się obraz ,serce nie może się uspokoić przez 2 godziny , zalewam się potem a samolot już w powietrzu , trzymam córkę za rękę ale mam tylko jedną myśl że zaraz zemdleje , kuzynka siedzi na drugim końcu samolotu, a ja nie mam siły do niej wstać , wzywam stuarda i mówię co się dzieje , on nie może mi pomóc bo nie mogą żadnych medycznych interwencji robić na pokładzie . Przez 2 h mam walkę o życie , robię oddechy z medytacji Silvy, uwalnianie emocji Hawkinsa, jakoś dolatuje chociaż to była piekielna droga. Na miejscu okazuje się jeszcze że zgubili nasze bagaże . Długie czekanie ustalanie itd . Jeszcze dwie godziny na miejsce , wstaje następnego dnia i czuję że nic do mnie nie dociera co mówią inni , w ogóle nie mogę skojarzyć faktów , bardzo pogorszył mi się wzrok . Dzień po dniu czuję się trochę lepiej , nawet chodzimy na narty. Ale mam epizody jakbym po prostu nic nie kojarzyła , mam ogromne migreny, problemy ze wzrokiem tak jakby nagle wzrok popsuł się o kilka dioptrii. Pojawiają mi się stany lękowe które jak mi się wydaje wynikają z samopoczucia . No i tak z tym żyje pół roku bo jestem ogarniaczką, która zapomina o sobie więc z tymi wszystkimi objawami po prostu funkcjonuje i działam ale bardzo dziwnie się czuję i to coraz częściej i dłużej , w końcu mam duże uderzenia ciśnienia z kręgosłupa do głowy, totalnie spięta czaszkę zawroty głowy , bardzo słabo zaczynam kojarzyć momentami ale latam i załatwiam sprawy . Pewnego dnia jadę autem z Zakopanego do Czarnego Dunajca z mamą i Gaja i mówię : mamo muszę stanąć na poboczu bo zaraz zemdleje , wszystko mi się rozjeżdża , światła aut to koszmar mam trudności z oddychaniem , stoimy tam godzinę , znowu techniki oddechowe , do domu dojeżdżam 20 na godzinę na światłach awaryjnych bo mam blisko i idę pod ciepły prysznic bo zaczynam się cała trząść i wszystko mi się buja jak na statku , kładę się. Jest mi lepiej . Ale następnego dnia czuję się już tak źle ,że przystaje w ogóle wychodzić z domu bo mam takie zawroty, ciśnienie do czaszki itd. Któregoś dnia czytam Gai bajki wieczorem i czuję że mnie zatyka i bardzo źle widzę na oczy , nie mogę oddychać, Gaja na szczęście zasypia a ja dostaje drgawek i nie mogę złapać oddechu , przyjeżdża pogotowie , nie wiedzą co mi jest podłączają mnie do aparatury kładąc mnie na podłodze , sprawdzają jeden, drugi, trzeci raz bo serce mi wariuje. Zabierają mnie do szpitala , pierwsze co robią to zabierają mnie na TK głowy - strasznie się boję bo myślę o najgorszym , a później inne badania , dostaje lek który dostaje się na bóle neurologiczne i stany lękowe. Chodzę od specjalisty do specjalisty, z trudem bo mam już duże trudności z chodzeniem. Jedni bardziej pomocni, drudzy jak na taśmie dając jakieś zupelnie nieadekwatne diagnozy byleby odpierdzielic wizytę . W końcu trafiam do znakomitego osteopaty i fizjoterapeuty w Krakowie pana Przemysława Sekuły i okazuje się że mam głęboki uraz w części potylicznej , bardzo skomplikowany zespół szyjny z uwięźnięciem nerwów , ogromne i głębokie napięcia , które naciskają na tętnicę żyły i nerwy , stąd problemy ze wzrokiem , zaburzenia błędnika , problemy z chodzeniem . Przez 6 miesięcy większość czasu leżę bo nie jestem w stanie funkcjonować , opiekę nad dzieckiem przejmuje ojciec Gai.
Wychodzę jedynie codziennie do ogrodu robiąc dwa kółka które są dla mnie jak maraton , mam bardzo duże problemy z chodzeniem , serce wali mi po kilku krokach jak po przebiegnięciu kilometra , drzewa się rozmywają , nie mogę na niczym złapać ostrości , nie mogę złapać oddechu z każdym krokiem mam wrażenie że mogę zemdleć bo wszystko buja się jak na statku . W lustrze nie widzę sie wyraźnie , mam natłok myśli , nie jestem w stanie wykonywać najprostszych czynności jak gotowanie czy cokolwiek innego, wielokrotnie się załamuje , z osoby energicznej i czynnej nie jestem w stanie funkcjonować prawie w ogóle , teraz mija 8 miesiąc kiedy siedzę w domu, już dużo lepiej funkcjonuje , w domu wykonuje wszystkie czynności normalnie z przerwami na leżenie , nawet wychodzę z psem ale nie ma mowy o jeździe samochodem , nie jestem w stanie nigdzie wyjść , moimi marzeniami sa teraz wyjście na spacer do lasu albo wyjście do cukierni na ciastko . Zostało mi jeszcze troche leczenia , mam nadzieję że to ostatnia prosta . Jestem teraz z Gaja u babci i cieszę się że jakkolwiek mogę się nią już zajmować . Przez te miesiące uczyłam się troski i cierpliwości do siebie … oczywiście że się pojawiały stany depresyjne … oczywiście że pojawiały się załamania … kiedy miałam momenty rezygnacji liczyłam do 5 : 1,2,3,4,5… wstajemy i robimy rundę po ogrodzie kochana , nie zemdlejesz , damy radę - mówiłam do siebie. Przez 6 miesięcy emocjonalnie byłam sama w tym zmaganiu , dotknęłam dna samotności co też było dla mnie paradoksalnie zbliżeniem do siebie … nigdy sobie nie wyznałam tylu słów miłości i nigdy nie przytulałam się tak często , codziennie medytowałam i wizualizowałam nawet po dwie godziny i to mnie wyciągnęło z zapadnięcia się totalnego .
Może komuś ta moja historia sie przyda do zbliżenia się do własnej diagnozy albo przejścia przez ciężki czas . A może z kimś po ciężkim czasie pójdę na ciastko … bo ciastko w kawiarni to na prawdę małe cuda codzienności .